Odcinek 7

- Teraz! - odezwała się Klaudia w słuchawce.

Byłem na to już przygotowany. Wcisnąłem przycisk i

zauważyłem migającą czerwoną lampkę, ale nic poza tym.

- Wcisnąłem, ale nic się nie stało. Co mam robić? - spytałem z przerażeniem w głosie.

- Jak to nic? - zapytała.

- No oprócz migającej lampki, która nawala mi po oczach, to nic się nie

stało.

- Nie jesteś w systemie… - powiedziała do siebie pod nosem. Szlag by to.

Wołaj Wojtka, szybko!

- Nie ma jak. Strzela się w tym momencie z pancernymi, którzy jadą za

nami i co masz na myśli, że nie jestem w systemie.

- Nie czas na pytania, zaraz rozbijesz się prosto o ścianę.

- CO?

Zamurowało mnie.


15 minut wcześniej.

- Słyszałaś o wybuchu?

- Jakim wybuchu, o niczym nie słyszałam, daj mi sekundę, zaraz zerknę. No faktycznie był wybuch. Naszych chłopców gonią opancerzone pojazdy

nie jest dobrze.

- Co robimy?

- Daj mi pomyśleć przez chwilę.

- Nie ma na to czasu!

- Przecież wiem o tym. Już wiem. Wyślę ci adres to naszej tajnej kryjówki.

Weź tę słuchawkę ze sobą. Wyślę ci też plan kryjówki, gdzie masz się

udać. I na koniec na mój znak otworzysz bramę wjazdową.

- Zrozumiałem.

- Tylko szybko, bo nie mają za wiele czasu. Znając Wojtka, to dając mu

wybór, gdzie będzie chciał się udać, to na 100% wybierze pustkowie.

- Dobra lecę.

- Pośpiesz się! Dobra, teraz wystarczy wprosić się na after party. 



Teraźniejszość.

Nigdy nie byłem chyba bardziej przerażony. Słowa ledwo wychodziły z

moich ust i ledwo co, tworzyłem sensowne zdania, ale starałem się

zachować zimną krew, mimo tak drastycznej sytuacji.

- Co do diaska masz na myśli, mówiąc, że zaraz się rozbijemy? - wydusiłem z siebie. 

Nie zamierzałem ułożyć tak niemiłego zdania, ale nie panuje już nad

tym do końca, więc to nie do końca moja wina.

- Nie płacz już. Tego nie jestem pewna. Dałam instrukcje Jaydenowi

więc wszystko jest w jego rękach.

- Jaydenowi?

Zaraz, zaraz. Kiedyś Jayden już pojawił się znikąd i zniknął. Umiał

nawet zabrać mnie ze sobą, gdy miałem kłopoty. Nie myślałem o

tym wcześniej, ale teraz nurtować będzie mnie, jak on to zrobił.

- Myślę, że na pewno zdąży. Powiedz, wiesz coś o jego super szybkości? - zapytałem z ciekawości.

- Jakiej super szybkości?

- Czyli najwyraźniej jestem pierwszą osobą, która odkryła jego

sekret.

- Nie wiem, o czym mówisz.

- A ja doskonale wiem — odezwał się Jayden ze słuchawki. - I tak, jesteś pierwszą osobą, która to odkryła.

- Jayden!

- Jayden!

Wykrzyczeliśmy radośnie w tym samym czasie jego imię.






BOHATER

Nazywam się Jayden. Wysoki mężczyzna, szczupła sylwetka. Przeciętniak

jakich mało. Taki sam jak wszyscy. Myślałem, że niczym się nie wyróżniam.

Myślałem, że jestem dokładnie tacy sami jak oni wszyscy. Tego tak

właściwie nie umiałem przed samym sobą przyznać. Nienawidzę być taki

sam jak inni. 

Wolę wyjść z tłumu. Wyróżnić się. Nie być taki jak ci wszyscy. 

Dlatego postanowiłem sobie, że się zmienię. Będę inny. Będę miły, lepszy,

będę pomagał słabszym i będę otwarty na wszystko i wszystkich.

Myślałem w ten sposób kiedy miałem na oko 10 lat. W tym wieku już

byłem inny. Byłem najwyraźniej bardziej inteligenty niż średnia moich

rówieśników. Niezwykle dobre wyniki w szkole sprawiły, że się wyróżniałem.

Ale nikogo nie obchodziło to, jaki jestem. Nikt nie chciał mnie poznać.

Wszyscy od razu z góry zawsze zakładali, że mam wysokie ego i nie mam

czasu na kolegów i że tylko się uczę. Tak naprawdę to nic się nie uczyłem

a wszystko, co umiałem to uważnie słuchać na lekcji. Nie miałem kolegów,

przyjaciół znajomych. Byłem „kujonem”. Tylko że nikt nie mnie tak

naprawdę nie znał.

Gdy miałem 11 lat zostałem porwany. Jedynymi osobami, które się

tym przejęli, byli moi rodzice, którzy postawili wszystkie jednostki policji

na nogi w promieniu 100 km. 

Wiedziałem o tym, bo było o tym głośno wszędzie. Prasa, telewizja,

radio, ulica. W pewnym momencie moi porywacze stwierdzili, że nie

jestem jakimś zwykłym dzieciakiem, tylko kimś ważnym.

Przez około 10 godzin siedziałem z tyłu wana z workiem na głowie

i związanymi rękami. Chyba zapomnieli mnie uśpić, ale w sumie co

ja tam wiem, nie jestem przecież porywaczem.

W końcu wan się zatrzymał. Nie byłem głupi, przecież wiedziałem,

jak się zachować nawet w takiej sytuacji. Po prostu się słuchać i robić

wszystko, czego będą chcieli.

Okazało się, że nawet nie będę miał okazji ich zobaczyć. Oczywiście.

Zostałem sprzedany na rynku.

100,000 zł za zwykłego dzieciaka takiego jak wszyscy.

W ten sposób przewijałem się od rąk do rąk. Byłem u Chińczyków,

Japończyków, Polaków, Niemców. Aż w końcu trafiłem na polskiego

doktorka.

Totalnie mu odwaliło już lata temu. Mogłem to rozpoznać. Szalony

naukowiec, który był zapatrzony, wręcz miał obsesję na punkcie

fikcyjnych superbohaterów i nadzwyczajnych mocy. 

W ten sposób z Polski trafiłem do Nowego Yorku.

Eksperymentował na mnie. 

Gryzły mnie pająki. Byłem poddawany promieniowaniu. Kazał mi

wymyślać wynalazki. Trenował mnie. Próbował zamrozić. Wstrzykiwał

do krwi dziwne substancje. Elektryzował. Raził prądem. 

Istne tortury, które nie miały na celu wydusić ze mnie czegokolwiek

tylko obdarzyć mnie super mocą.

Zapomniał o jednym, żeby sprawdzać, czy dany eksperyment

przyniósł jakiś skutek. Nie zapisywał notatek. Był tylko głupim starym

dziadem, który eksperymentował na dziecku.

Pewnego dnia usłyszał w telewizji, że jestem poszukiwany na całym

świecie. Warty byłem dwa miliony dolarów. 

Nie mam pojęcia, jak moi rodzice to zrobili, ale najwidoczniej

zadziałało. Oni nawet nie mają tyle pieniędzy. Albo ja jestem za głupi

i nie zauważyłem, w jakich luksusach żyłem. Nie wiem. Mam tylko

11 lat.

Gdy się o tym dowiedział, spanikował i wyrzucił mnie na ulicę. Tak

odwdzięcza się swojemu królikowi doświadczalnym. 

Cud, że mnie nie zabił.

Więc tak znalazłem się na Nowoyorskich Przedmieściach. Brudny,

obolały, z ciałem pełnym siniaków, ugryzień i kilku blizn. 

Jedenastoletni ja. 

Pozostawiony sam na pastwę losu w Nowym Yorku. 

Cudownie.

Szedłem przez ulicę, szukając budki telefonicznej. Tak, pomyliło mi

się z Londynem. Ale nie można za wiele wymagać od jedenastolatka.

W końcu zaczepiła mnie pięcioosobowa grupa dwa razy starszych

ode mnie typów. Zastawili mi drogę przede mną i za mną oraz po bokach.

Przypominam, że miałem jedenaście lat.

- Co tam młody? Zgubiłeś się?

Grupa zaczęła się śmiać. Poczułem się jak w filmie. Nawet by się to

zgadzało.

- Zostawcie mnie w spokoju — odpowiedziałem z największą powagą w głosie, jaką tylko umiałem z siebie wydusić.

- Oj nie malutki, to się nie stanie. Dawaj kasę, to cię puścimy.

Wiecznie ta kasa. Są ślepi czy co. Wyglądam co najmniej, jak bezdomny

i porzucony przez rodziców, a oni żądają ode mnie kasy.

- Nie mam nic. Proszę, zostawcie mnie.

- Nie kłam ścierwo. Dawaj, co masz.

Wtedy chwycili mnie za ręce, tak mocno, że nie byłem w stanie się uwolnić.

W dodatku nie pozwalał mi na to mój stan fizyczny.

Zaczęli mnie przeszukiwać. I niczego nie znaleźli.

- Widzicie? Nie kłamałem — głupi pomysł, żeby się wymądrzać, ale

powiedziałem to wręcz automatycznie, nie wiele się nad tym zastanawiając.

- W takim razie cię zostawimy zgodnie z umową.

Rzucili mnie na ziemie. Wstałem tak szybko jak tylko byłem w stanie.

Oddaliłem się od nich na oko na pięć metrów. Cała grupa wyciągnęła

jakieś narzędzie i zaczęła iść w moją stronę. 

Mam naprawdę wielkiego pecha.

Cofałem się cały czas, a oni szli w moim kierunku.

Ślepy zaułek. Ja naprawdę mam wielkiego pecha. Gorzej być nie mogło.

Wtedy poczułem w sobie uczucie szybkiej ucieczki. W głowie miałem

obraz najszybszej trasy, który została obrana po ścianach i kończyła

się na dachu budynku. Nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Ale

czułem, że muszę pobiec. Najszybciej jak umiem. Najszybciej jak

tylko potrafię. 

Więc biegnę prosto na swoich oprawców. Zamykam oczy i biegnę tak

szybko jak tylko potrafię.

Kiedy otworzyłem oczy, znajdowałem się na dachu budynku. Wydawał

się dziwnie znajomy, chociaż wiadomo, że nigdy na nim nie byłem.

Ważne, że byłem bezpieczny. 

Kto by pomyślał, że doktorek mi tym razem pomógł.

Później ktoś zauważył na tym dachu i pomyślał, że chcę z niego

skoczyć. Wezwał policję. I zaś wszystkie służby były na nogach,

myślę, że mam to po moich rodzicach. Policjanci zdjęli mnie z dachu

i trafiłem na posterunek. Następnego dnia dowiedziałem się, że moi

rodzice będą tu już jutro.


Oto moja historia. Nazywam się Jayden, przeciętny chłopak,

taki jak wszyscy, który został porwany i teraz ma super moc

przez jakiegoś zwariowanego doktorka.