Nowoyorskie Przedmieścia | Nice Original
Dastin Świeboda
POCZĄTEK (E1)
Był to deszczowy i normalny, taki jak wszystkie, kolejny zwyczajny dzień. Gdy rozczarowany popatrzyłem znowu na pusty kalendarz i zaś do mnie dotarło, jak bardzo mam nudne życie i nie mam żadnego zajęcia zaplanowanego na dzisiejsze popołudnie.
Lecz tego dnia postanowiłem się wybrać do kina. Nie posiadałem w głowie żadnych konkretnych planów ani pomysłów na to co chce obejrzeć, a dla zabicia czasu po prostu chciałem obejrzeć jakiś seans w kinie.
Tak jak to sobie mniej więcej wcześniej wyobrażałem, było to dość nudne. Po prostu siedzenie i gapienie się na film, w dodatku samemu. Próbowałem się jakoś zabawić, rozglądając się przez chwilę dookoła. Przygnębiające okazały się pary siedzące w kinie wspólnie się śmiejące, czy nawet grupki przyjaciół, kolegów, koleżanek czy kto tam dla kogo kim jest. Skupiłem się na oglądaniu filmu, bo po to tu tak naprawdę przyszedłem. Nie zręczna dla mnie sytuacja, którą jak najszybciej chciałem zapomnieć, wydarzyła się w środku seansu. Kiedy siedziałem przygnębiony na swoim miejscu, wtedy nagle naprzeciwko moich oczu ukazała się piękna damska sylwetka. W świetle kinowego ekranu zobaczyłem, jak przechodziła naprzeciwko mnie, skierowana w moją stronę, a kiedy nasz wzrok się przeciął, to nie pożałowała sobie lekkiego uśmiechu w moim kierunku. Sprawiło to, że przez następną godzinę nie mogłem sobie odpuścić spoglądania na nią co jakiś czas. Oczywiście była już zajęta. Dotarło to do mnie kiedy kilka miejsc dalej widziałem, jak z kimś trzyma się za rękę i patrzy na niego z błyszczącymi się oczami. Nie robiłem sobie wielkich nadziei, choć, muszę przyznać, że bardzo mi się spodobała.
Tak jak już wcześniej wspominałem, patrzyłem się na nią co jakiś czas, ale w taki sposób, żeby na pewno tego nikt nie zauważył. Jej „chłopak” z resztą nie wyglądał na kogoś, z kim chciałbym mieć do czynienia.
Film trwał łącznie jakieś 2 godziny, więc swój główny cel osiągnąłem, jakim było zabicie trochę czasu. Sam w sobie nie był on zły, lecz mi nie do końca przypadł do mojego gustu, co nie zmienia faktu, że nie żałuje tego, że się tam wybrałem.
Wychodząc z głównej sali kinowej, zacząłem rozmyślać nad tym, co dalej. Nie miałem żadnych planów, co później mam zamiar zrobić, więc postanowiłem zaimprowizować odrobinę i pojechać gdzieś, gdzie mnie wiatr poniesie. W przenośni mówiąc, bo tutaj to raczej nigdzie by mnie nie poniósł. Do głowy mojej przyplątała się taka myśl, że zwiedzanie tego majestatycznego i tak bardzo popularnego miasta z różnych seriali czy filmów może okazać się interesującym zajęciem na obecną chwilę.
Po wyjściu z kina zastałem tłoczną, głośną, brudną, pełną jeżdżących aut, przewijających się co jakiś czas nowojorskich taksówek oraz ludzi, którzy tylko się gdzieś spieszyli nowo jorską ulicę. Taki widok już moich oczu wcale nie dziwił, ponieważ nie mieszkam tu od wczoraj, a dokładniej już od dwóch lat. Zagwizdałem pewnie na taksówkę, niczym w amerykańskim filmie czując przy tym niezwykłą i dziecięcą satysfakcję, po czym do niej wsiadłem.
Na sobie miałem wtedy ubraną czarną bluzę z kapturem z czerwonymi akcentami. Mój ubiór nie do końca był odpowiedni do panującej pogody, lecz nie była to moja wina, bo deszcz, jaki aktualnie panował na niebie, pojawił się, podczas gdy byłem w kinie. Dlatego jedyne co na sobie miałem to krótka koszulka, a na niej moja ulubiona bluza co nie bardzo mnie zadowalało.
Ubrałem kaptur na swoją głowę i ostrożnie wsiadłem do taksówki znajdującej się tuż przede mną. Ubrałem go w taki sposób, żeby kierowca nie widział mojej twarzy. Dlaczego, tak mi podpowiadało moje przeczucie, że powinienem właśnie tak zrobić. Nigdy nie wiadomo co się może stać.
Wsiadając do pojazdu, prawie się zapomniałem, ale po chwili zastanowienia powiedziałem do kierowcy z lekkim uśmiechem:
- Hello. Please take me to the Manhattan, Central Park (Cześć. Proszę zabrać mnie na Manhattan, Central Park)
- Of course. (Oczywiście)
To był pierwszy i ostatni dialog z kierowcą. Byłem z tego powodu zadowolony, bo nie miałem na takowy zbytniej ochoty. Panowała niezręczna cisza.
W panice sięgnąłem do swojej kieszeni i poczułem moje słuchawki douszne. Odczułem wielką ulgę, ale niestety nie na długo, ponieważ były rozładowane. No oczywiście, inaczej przecież być nie mogło. Z pełnym opanowaniem i nie dając po sobie poznać paniki i strachu włożyłem je do uszu.
W aucie było słychać wiele dźwięków z zewnątrz, dlatego też kierowca nie zauważył, że nie słucham wcale żadnej muzyki. I lepiej dla mnie i dla niego.
EMOCJONUJĄCA JAZDA
Myślałem, że dzień jak każdy po prostu minie jak każdy inny, ale tu mnie los zaskoczył i zafundował mi trochę emocji.
Po kilku minutach nudnej podróży taksówką tuż przed samochód ktoś wyskoczył. Kierowca był tak zagapiony w drogę, że go nawet nie zauważył. Na jego szczęście z dość szybką reakcją krzyknąłem do niego:
- Watch out! (Uważaj!)
Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale kierowca zdążył wyhamować, a ten bezmyślny typ, który wskoczył przed auto, miał naprawdę ogromne szczęście, że uszedł z życiem.
Po chwili drzwi od taksówki szybko się otworzyły, a zaraz obok mnie wsiadła ta sama osoba. Po czym krzyknęła:
- Drive! (Jedź!)
Kierowca bez wahania wcisnął pedał gazu i ruszył w dalszą drogę.
Jakie było moje zdziwienie, gdy dotarło do mnie, co się właśnie stało. Jak można być tak bezszczelnym? Nie przestało mnie to nurtować. Jak to zwykle bywa, tak w realu nie jestem taki cwany i wcale niczego, nikomu nie wypomniałem, ani na nikogo nie nie powiedziałem złego słowa. Robiłem to tylko w mojej głowie, a zamiast tego milczałem jak zamurowany. Innej reakcji samego siebie nie mogłem się spodziewać.
Osoba, która znajdowała się tuż obok mnie to przeciętnej budowy mężczyzna, który nie był w najlepszym stanie. Miał długie, czarne i rozczochrane włosy oraz brązowe jak kora drzewa oczy. Na jego twarzy, a konkretnie na policzkach miał kilka ran, z których powoli cieknęła krew.
Miał na sobie brązową skórzaną kamizelkę całą mokrą w deszczu oraz ciemnogranatowe dżinsy i białe markowe buty całe w błocie.
Zdawał się być bardzo zmęczonym, ciężko oddychał, siedząc na fotelu tuż obok.
Ja nadal miałem na sobie założony kaptur, który nareszcie znalazł dla siebie większe zastosowanie i na pewno przyda się bardziej, bo ten typ jak dla mnie był dziwny, dlatego też lepiej dla mnie jak nie będzie widział mojej twarzy.
Po kilku chwilach gapienia się na siebie nawzajem w końcu się odezwał i powiedział:
- Masz paczkę?
W mojej głowie pojawił się totalny mętlik. Po pierwsze, dlaczego mówi do mnie po polsku i skąd wiedział, że jestem z polski i takim językiem się posługuje, skąd? Może poznał po wyglądzie, kolorze skóry, akcencie, chociaż to ostatnie nie bardzo, bo ze sobą nie prowadziliśmy jeszcze żadnego dialogu. Po drugie jaką paczkę? Czy właśnie zostaje wciągnięty w jakąś grubą sprawę, z której potem najprawdopodobniej będę miał spore problemy?
Po trzecie, dlaczego to właśnie ja, wsiadłem akurat do tej cholernej taksówki, akurat o tej godzinie, tego dnia, tego roku. Moja głowa jeszcze przez chwilę zadawała sobie te bezsensowne egzystencjalne pytania, na które odpowiedzi sobie sama natomiast nie znajdowała. Siedziałem w zamyśleniu przez chwilę, po czym odpowiedziałem z próbującą się utrzymać w moim głosie powagą:
- Nie mam nic, przepraszam, to musi być pomyłka.
Mówiąc to, cały się trząsłem. Byłem przestraszony zaistniałą sytuacją. Teraz jak na to patrzę to, nie pamiętam, dlaczego byłem aż tak tym przejęty. Na mojej głowie w dalszym ciągu wisiał ten kaptur, który nadal ukrywał moją twarz. Przez głowę mi wtedy przeszła taka myśl, że może to przez ten kaptur zostałem z kimś pomylonym i powinienem zdjąć go i pokazać, że faktycznie doszło do pomyłki, lecz nie zrobiłem tego. Zamiast tego zamknąłem się w ciszy jeszcze przez chwilę. Po nasyceniu się nimi powiedziałem do taksówkarza:
- Can I get off here? (Mogę tu już wysiąść?)
Taksówka się zatrzymała przy pierwszym lepszym miejscu do parkowania, na chodniku.
Podałem banknot o dużym nominale, popatrzyłem głęboko w oczy taksówkarzowi i szybko otworzyłem drzwi, wysiadłem z pojazdu i zatrzasnąłem je, wciąż utrzymując kontakt wzrokowy z kierowcą.
Było mi wtedy przykro, że go zostawiłem z tym nieznajomym mężczyzną, ale po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że to przecież jego praca i że codziennie w sumie jeździ z nieznajomymi i na pewno wie jak sobie poradzić z dziwnymi przypadkami. Trzymałem za niego mocno kciuki.
IDĘ ODPOCZĄĆ (E2)
Wysiadłem niedaleko central parku. Byłem strasznie roztrząśnięty i zestresowany, dlatego nie miałem już dłużej ochoty chodzić po takowym parku.
Zamiast tego udałem się do pierwszej lepszej i najbliższej kawiarenki. Miałem ochotę napić się ciepłej herbatki, odpocząć, odprężyć umysł i trochę się zrelaksować, a przede wszystkim wysuszyć, bo na dworze nadal lało, a ja miałem na sobie tylko bluzę.
Dojście do takowej zajęło mi dłużej, niż sobie to wyobrażałem. Po drodze zdążyłem cały zmoknąć, więc odpoczynek w kawiarence na pewno mi się przyda.
Otworzyłem drzwi do środka i prosto w moją twarz dmuchnęło ciepłe powietrze ze środka oraz kilka przyjemnych zapachów kaw, oraz ciast.
Zająłem jakieś wolne miejsce, siadając na kanapie. Zdjąłem swoją bluzę i powiesiłem na oparciu.
Przy wejściu zauważyłem jak wzrok ludzi oraz obsługi jest wlepiony we mnie. Nie wiedziałem wtedy czemu. Moje ego zaszalało i pomyślałem, że może dobrze wyglądam lub coś podobnego.
Siedziałem tak chwilę i czekałem aż ktoś podejdzie do mnie, abym mógł złożyć zamówienie. Przeczekałem tak kolejne kilka minut i kiedy już prawie się zerwałem z siedzenia, zauważyłem, jak drzwi od tamtejszej łazienki, na które cały czas patrzyłem, siedząc na moim miejscu, nagle zaczęły się otwierać, a zza nich wyłania się duża postać. Był to wysoki, umięśniony mężczyzna z niezbyt przyjazną twarzą na pierwszy rzut oka. Jedyne słuszne określenie, jakie mi się rzuca na język to po prostu taki typowy mięśniak.
Ciężkim krokiem zbliżał się powoli do mnie, wyglądając przy tym tak groźnie, jakby co najmniej chciałby kogoś pobić. Wyglądał tak groźnie, że wzbudzał zainteresowanie w lokalu, w którym się znajdowałem, ale wszystkie oczy, które tak bardzo chciały na to patrzeć, nie mogły, bo musiały robić to bardzo dyskretnie.
UPS.. MAM KŁOPOTY
Nie trzeba być wybitnie mądrym, żeby się domyślić, co mogłoby się za chwilę wydarzyć, a raczej co miało się wydarzyć. Nerwowo rzucałem swoim wzrokiem na lewo i prawo obserwując swoje otoczenie. Przy tym rozglądaniu się zauważyłem karteczkę przyklejoną na stole, obok którego siedziałem:
„Nie siadać, zarezerwowane”.
Dotarło to do mojej głowy z lekkim opóźnieniem, w jakiej sytuacji właśnie się znalazłem.
Nie miałem żadnego pomysłu jak z tej sytuacji się wydostać.
Gdy ten przypakowany koleś powolnym krokiem, zbliżał się w moim kierunku, wtedy nagle mignęło mi wszystko dookoła i już się znalazłem w zupełnie innym miejscu. Stało się to tak szybko, że nawet nie jestem do końca w stanie tego opisać. Byłem bardzo zdezorientowany i zaskoczony zaistniałą sytuacją.
Gdy powoli zacząłem łapać oddech i odpocząłem chwilę, rzuciłem swoim wzrokiem dookoła, żeby dowiedzieć się, gdzie jestem. Na pierwszy rzut oka znajdowałem się w ciemnej uliczce niedaleko tej kawiarni, w której nabawiłem się kłopotów. Rozglądałem się tak jeszcze przez chwilę.
KIM JESTEŚ?
Z ciemnego i mrocznego cienia powoli moim oczom ukazywała się sylwetka człowieka. Wychodziła zza cienia. Była mroczna i przerażająca, ale prawdziwa postać była zupełnie inna. Gdy światło rzuciło swój blask na nią, zobaczyłem uśmiechniętą i miłą twarz, która spoglądała na mnie z politowaniem się. Był to młody człowiek, nieco młodszy ode mnie. Miał na sobie luźną czarną bluzę oraz dresy i białe, sportowe buty. Patrzyliśmy sobie tak głęboko w oczy jeszcze przez chwilę. Cały czas się do mnie uśmiechał. Próbowałem to jakoś odwzajemnić, ale wewnętrznie tego nie chciałem, bo była to dla mnie dość niezręczna sytuacja. W końcu tę grobową ciszę postanowiłem przerwać, zaczynając dialog z nastolatkiem stojącym naprzeciwko mnie.
- Kim jesteś? - spytałem nieśmiało, tym samym odwracając głowę i poprawiając swoją bluzę.
- Nazywam się Jayden. A ty? - zapytał, wstając i ruszając tuż za mną.
- Jestem David, David Cresneil — odpowiedziałem z trochę bardzo przesadzoną powagą w głosie.
Nastolatek przystanął na chwilę, popatrzył na mnie, uśmiechnął się. Podbiegł po chwili i uderzył mnie lekko żółwikiem w bark, po czym zaczął trzymać mi kroku.
I tak powolnym krokiem obydwoje wychodziliśmy z zaułka, w jakim się znajdowaliśmy.
Moja intuicja mi podpowiadała, że to będzie początek. To będzie dopiero początek czegoś, co powstanie z tej relacji. To będzie początek naszej przyjaźni i naszych przygód.
TROCHĘ CZASU MINĘŁO (E3)
Od ostatnich wydarzeń minęły dokładnie trzy tygodnie. W tym czasie miałem okazję poznać lepiej Jaydena. Polubiłem go i naprawdę wydaje mi się, że mamy wiele wspólnego i możemy zostać dobrymi przyjaciółmi, na to potrzeba jeszcze trochę czasu, żeby się lepiej poznać, ale wiem to już teraz. Zdążyłem mu już zaufać, a jak nasza relacja się jeszcze zmieni, to się jeszcze okaże.
KTO WSTAJE Z RANA, TEMU OKAZJA JEST DANA!
Ranek, godz. 11:00, sobota
(budzik zaczyna dzwonić).
- ahh...jeszcze chwilę… No dobra już wstaje.
Dzisiaj wstałem rano, umyłem się na szybko, zjadłem szybkie śniadanie i ubrałem się do wyjścia. I w ogóle cały mój dzisiejszy poranek był dla mnie jakiś szybki. Kiedy już niemal wychodziłem ze swojego mieszkania, wtedy zadzwonił mój telefon, który leżał w salonie, dlatego też się po niego wróciłem. Dzwonił do mnie Jayden, szósty raz… Tak to już ze mną jest. Odebrałem telefon, który uparcie cały czas dzwonił.
- Halo? - zacząłem, wracając się do moich drzwi i zamykając je.
- No nareszcie odebrałeś! Ileż razy można do ciebie dzwonić?
- Jak widać dużo. Co słychać, co chciałeś?
- Mieliśmy się spotkać o godzinie dwunastej w kawiarence przy ulicy piętnastej.
- Tak, tak wiem, pamiętam o tym. Właśnie wychodzę z domu.
- Dobrze, do zobaczenia potem.
- No, no, cześć.
Rozłączył się.
I tak właśnie zacząłem swój dzień. Tym razem miałem plany na popołudnie i wiem, że nie będzie tak nudno.
I zaś na nowojorskiej ulicy. Westchnąłem i ruszyłem przed siebie. Po drodze skoczyłem do sklepu z tanimi rzeczami. Jestem dokładnie tym typem osoby, która bardzo lubi gadżety i lubi wydawać swoje pieniądze na największe głupoty, dlatego też przy okazji odwiedziłem taki sklep. W środku rozejrzałem się przez chwilę, ale nic ciekawego dla siebie nie znalazłem. Wtedy nagle pojawiło się w moim oku światełko. Zauważyłem je, bialutkie jak chmurka słuchawki douszne za jedynie 2$. Takiej okazji nie mogłem przegapić. Znajdowały się na końcu sklepu, który był długi na kilkanaście metrów. Zacząłem iść w ich kierunku pośpiesznym krokiem. Obok mnie w drugiej alejce tego sklepu za półkami z produktami tego sklepu zauważyłem, jak ktoś jeszcze idzie pośpiesznym krokiem w tym samym kierunku, co ja. Zmartwiłem się lekko, po czym przyspieszyłem.
TO MOJE!
I tak zaczął się pojedynek. Pojedynek kto dostanie je szybciej. Tak idąc przed siebie, ścigając się jednocześnie, ale nie wyglądając przy tym jakkolwiek podejrzanie oraz starać się nie biegać po sklepie, bo właścicielką jest staruszka, a nikt przecież nie lubi dostawać długich kazań od staruszek.
Kiedy półki sklepowe na chwilę zniknęły, zdążyłem przyjrzeć się, kto tak naprawdę jest moim rywalem. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu była to dziewczyna. Nie zmieniło to totalnie nic, ale świadomość z kim się mierzę, jest dla mnie bardzo ważna.
Po kilku minutach i ja i mój rywal byliśmy na końcu sklepu. Sięgnąłem po moją zdobycz, na którą polowałem. Kiedy trzymałem swoje upatrzone słuchawki już w rękach, zatrzymałem się na chwilę i spojrzałem w stronę dziewczyny. Wyglądało na to, że w jej rękach wylądowały natomiast słuchawki nauszne, które były w kolorze różowym z jednorożcami. Pomyślałem wtedy, że mamy coś wspólnego. Po chwili popatrzeliśmy w swoim kierunku, zauważyłem, jak uśmiechnęła się w moim kierunku i zaczęła iść w stronę kasy. Trzymając również swój łup z dzisiejszej wyprawy, poszedłem za nią.
Czekałem tuż za nią przy kasie i chciałem do niej zagadać...ale tego nie zrobiłem. Dlatego to po prostu przemilczałem.
Wychodząc ze sklepu, otworzyłem opakowanie po moich słuchawkach i od razu je wyrzuciłem do pobliskiego kosza na śmieci. Podpiąłem je do mojego telefonu i ruszyłem przed siebie, wkładając je tym samym do moich uszu. Grały fatalnie.
A czego się spodziewałeś po słuchawkach za 2$? Na mojej twarzy zawisło rozczarowanie. Przez chwilę jeszcze się zastanawiałem, czy się nie wrócić, aby je zwrócić, ale doszło do mnie, że nie ma to najmniejszego sensu. Więcej bym na tym stracił, niż faktycznie zyskał.
Godz. 11:38, ulica dziesiąta
Na spokojnie udałem się w kierunku ulicy piętnastej, przy której miałem umówione spotkanie. Kiedy zbliżałem się do niej, zauważyłem czarnego vana. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że widzę go już przejeżdżającego chyba z piąty raz. Nie myślę, żeby było to normalne zachowanie. Szczególnie że czarne vany zawsze wydają się być podejrzane.
W KOŃCU NADSZEDŁ CZAS NA SPOTKANIE.
Byłem na miejscu. Gdy podszedłem do szyby lokalu, zauważyłem czekającego tam już Jaydena. Wszedłem do środka. Rozejrzałem się, udając zdezorientowanego i po chwili udałem się w kierunku machającego w moim kierunku Jaydena.
- Cześć!
- Cześć!
Uścisnęliśmy sobie przyjacielsko dłonie, po czym usiadłem na wolnym miejscu. Siedziałem naprzeciwko Jaydena przy małym stoliku z krzesłem i kanapą znajdującym się przy oknie. Po czym on zaczął:
- Co słychać?
- Myślę, że u mnie jest wszystko w najlepszym porządku. - odpowiedziałem półżartem.
- To dobrze, bardzo mnie to cieszy.
- A u ciebie? - spytałem, widząc jego niespokojny wyraz twarzy.
- U mnie, chyba też się wydaje w porządku, tak myślę.
Zauważyłem po raz kolejny jego niepewność w jego głosie oraz stylu wypowiedzi. Zastanawiał się przez dłuższą chwilę nad tym co powiedzieć.
- Coś się stało? - postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę i zapytać.
- Tak właściwie to nie wiem...
Nadal był niepewny tego co mówi. Postanowiłem go trochę przycisnąć, aby powiedział mi co, się dzieje.
- Słuchaj, wiem, że nie znamy się zbyt długo. Poznaliśmy się w dziwnych okolicznościach. Mimo wszystko postanowiłem zaangażować się w naszą relację na tyle o ile, będę w stanie. Zdążyłem ci zaufać, ale też fajnie by było gdybyś potrafił mi zaufać. Także jeśli to się stanie, obiecuję ci pomóc zawsze i wszędzie na tyle ile tylko będę. Dlatego możesz mi powiedzieć, co się dzieje.
- Dziękuję ci. Cieszę się, że cię spotkałem. W takim razie spróbuje ci o wszystkim powiedzieć.
- Zamieniam się w słuch — odpowiedziałem zadowolony, że udało mi się go przekonać.
NO TO SŁUCHAJ
- W takim razie ostatnio wydarzyło się kilka nieprzyjemnych rzeczy dla mnie. W ostatni weekend akurat wtedy kiedy się pokłóciliśmy i mieliśmy gdzieś wyjść, to udałem się samotnie do baru. Miałem tam spędzić samotnie wieczór popijając smutki alkoholem. I tak by było gdyby nie mój duży pech. Otóż podpadłem szefowi tutejszego gangu. I może to zabrzmieć dziwnie, ale to tylko i wyłącznie prawda. A teraz czas na tą gorszą część, do której trudno mi się przyznać. Otóż będąc pijany, wygłupiałem się i zabawiałem gości. Wszyscy się dobrze bawili do pewnego momentu. Kiedy po swoim występie schodziłem ze stołu, na którym byłem wylałem piwo na takiego jednego gościa. Upadłem pod jego nogi, przy tym właśnie wylewając ów piwo. Popatrzyłem do góry i widziałem tylko ten niezwiastujący niczego dobrego wyraz twarzy. Zanim się obejrzałem, zostałem rzucony na tyły lokalu na śmieci. I tak z jednego małego incydentu znalazłem się na tyłach lokalu z kilkoma członkami gangu. Ale jak to mówią „głupi ma zawsze szczęście” dlatego też oszczędzili mnie, ale zapowiedzieli, że się zemszczą po dziesięciokroć. I właśnie dlatego ostatnio jestem bardzo niespokojny i nie mogę spać po nocach… J-J-Ja po prostu się boję, co i kiedy mogą mi zrobić.
- Kurde faktycznie przerąbane.
Zacząłem się zastanawiać, co mogę mądrego powiedzieć, aby go choć trochę uspokoić. Nie umiałem się namyśleć wystarczająco szybko, bo on zaczął pierwszy:
- Nie chcę cię obciążać moimi problemami, więc najlepiej jak o tym zapomnisz i będzie po sprawie.
- O nie, nie. Od tego są przyjaciele, żeby się wspierać w trudnych chwilach, a ta właśnie do takich należy. Dlatego co by się nie działo, pomogę ci. Masz moje słowo.
Nastąpiła cisza. Najwidoczniej zacząłem się powtarzać i swoją drogą to już moja druga obietnica. Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę w zamyśleniu. Patrzyłem cały czas na Jaydena, ale przy okazji obserwowałem okno, które było tuż za nim.
Minęło kilka minut. Za oknem zauważyłem pewną postać siedzącą na schodach. Była to dziewczyna o blond włosach. Siedziała na schodach i wydawało się, że płacze. Ręce trzymała blisko swojej twarzy oraz siedziała skulona. Nie mogło być inaczej. Przyjrzałem się dokładnie i dostrzegłem jak z okna łysy mężczyzna, coś krzyczy. Wtedy ta dziewczyna zdawało się, że mu odpowiada. Rozpoznałem szybko sytuacje. Wyglądało na to, że pokłóciła się albo ze swoim ojcem, albo ze swoim partnerem. Natomiast teraz siedziała zapłakana przed kamienicą.
Wtedy Jayden zaczął mówić:
- W takim razie może, żeby oczyścić atmosferę, zamówię coś. Chcesz coś?
- Szklankę wody poproszę.
- Jasne, nie ma problemu. Szklanka wody dla pana Davida.
Wstał ze swojego miejsca i ruszył w kierunku lady, aby złożyć nasze zamówienie. Ja korzystając z okazji, postanowiłem się przyjrzeć dziewczynie za oknem. Teraz gdy mam pełniejszy widok, bo Jaydena nie ma, mogę przyjrzeć się uważniej.
Przyglądając się jej, przypomniała mi się dziewczyna, którą spotkałem w kinie.
- Niemożliwe — powiedziałem sam do siebie. Tak. To była dokładnie ta sama dziewczyna, która mnie minęła w kinie. Musiała naprawdę mi się spodobać skoro utkwiła mi w pamięci.
Jayden zdążył w tym czasie złożyć zamówienie. Przyszedł do mnie i spytał:
- Komu się tak przyglądasz?
Pomyślałem sobie, że pewnie zauważył, jak się zamyśliłem. Postawiłem tym razem na szczerość i odpowiedziałem:
- Na schodach tamtej kamienicy — wskazałem palcem kierunek — siedzi dziewczyna.
Jayden popatrzył się w jej kierunku i od razu spytał:
- I co z nią?
- Wydaje mi się, że kiedyś ją już spotkałem. Nie, żebym ją znał, ale już ją raz widziałem.
- Rozumiem. Podoba ci się?
Ależ bezpośrednie pytanie! Oczywiste jest przecież, że mu od razu nie dopowiem. Poczułem uderzenia gorąca na moim ciele i wydaje mi się, że się zarumieniłem. Jayden od razu to zauważył.
PADNIJ! (E4)
Te niezręczne i jakże bezpośrednie pytanie po prostu przemilczałem. Jayden usiadł naprzeciwko mnie i patrząc sobie w oczy, siedzieliśmy zamyśleni. Na nasze szczęście nie odleciałem tak bardzo. Spostrzegłem podejrzanego vana, którego już widziałem wcześniej. Jechał bardzo szybko, a z okna z przodu ktoś był bardzo wychylony. Przyjrzałem się bardziej. W ręku trzymał broń. Nie myśląc ani sekundy dłużej, rzuciłem się na Jaydena i razem runęliśmy na podłogę.
Popatrzył na mnie jak na najgorszego debila. Nie przejmując się tym zbyt długo, bez wahania krzyknąłem:
- Wszyscy na ziemię!
Minęło kilka sekund, a w lokalu rozległ się huk strzałów i odgłosy spadającego szkła. Nie wiele ludzi się mnie posłuchało od razu, ale myślę, że to akurat normalne. Po chwili zobaczyłem wszystkich kucających na podłodze i chowających swoją głowę w swoich dłoniach. Przeczołgałem się do okna i się wychyliłem. Nic nie zauważyłem. Możliwe, że już pojechali lub nadal gdzieś tam są. Nie mogłem ryzykować. Popatrzyłem na Jaydena leżącego pod stołem i bez słów od razu wyczytał z mojego wzroku, że chcę, żeby zadzwonił na policję. Po chwili tak zrobił.
W tym czasie rozejrzałem się czy nie ma rannych w lokalu. Spytałem donośnym głosem, ale nie krzycząc:
- Czy ktoś jest ranny?
Ujrzałem wszystkich rozglądających się dookoła. Wygląda na to, że wszyscy mieli ogromne szczęście. Po chwili dodałem:
- Proszę jeszcze nie wstawać. Będzie bezpiecznie dopiero po przyjeździe policji.
Zauważyłem jak wszyscy, skinęli głową. Wygląda na to, że zyskałem natychmiastowe zaufanie przez to jak się zachowałem.
Minęło kilka minut. Usłyszałem jadące auto. Wyjrzałem ostrożnie sprawdzić, czy to policja. Na szczęście to byli oni. Po chwili również zjawiła się karetka. Gdy służby zaczęły interwencje, podszedłem do Jaydena i powiedziałem:
- Zwijamy się. Wszystko już można zostawić im.
Nie dając mu zbyt wiele czasu na odpowiedź, wstałem i wyszedłem z lokalu, a on razem ze mną. O dziwo nikt nas nie zauważył i spokojnie opuściliśmy „miejsce zdarzenia”. Całą drogę milczeliśmy. Najwidoczniej obydwoje musieliśmy przeanalizować, co się stało. Po drodze skoczyłem do sklepu i kupiłem dwa napoje gazowane o smaku coli. Nic nie mówiąc, ruszyłem w stronę swojego mieszkania. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Powiedziałem do Jaydena:
- Zapraszam.
Znowu nie dając mu czasu na reakcję, otworzyłem drzwi do klatki i wykonałem zapraszający gest ręką.
WSZĘDZIE DOBRZE, ALE W DOMU NAJLEPIEJ
Weszliśmy do mojego mieszkania. Tak właściwie to był pierwszy raz kiedy go zaprosiłem do siebie, pomimo że znamy się już kilka tygodni.
- Czuj się jak u siebie — powiedziałem. Poszedłem do kuchni po dwie szklanki. Robiąc to, zauważyłem, jak Jayden siada na kanapie. Przelałem wcześniej zakupione napoje do szklanek i zaniosłem do salonu, gdzie czekał już Jayden.
- Proszę — powiedziałem, kładąc jedną tuż przed nim.
- Dzięki — odpowiedział po krótkiej chwili niepewnym głosem.
- Więc… - zacząłem, próbując rozpocząć dialog.
Jayden popatrzył się na mnie ze światełkiem w oczach. Z jego wzroku dało się odczuć, że widzi przed sobą bohatera, że osoba, która siedzi naprzeciwko jego, jest dla niego kimś. W końcu się odezwał:
- To, co zrobi- To, co zrobiłeś, było naprawdę wielkie. Mocno cię podziwiam za twoją odwagę i za zdrowy rozsądek w takiej sytuacji. I również dziękuję za ratunek. Gdyby nie ty to bym pewnie leżał martwy…
- To nic wielkiego — chciałem skromnie odpowiedzieć, ale on przerwał mi i mówił dalej:
- Nawet nie próbuj mówić tak skromnie. To, co zrobiłeś, było bohaterskim czynem. Tylko zastanawia mnie, dlaczego stamtąd tak szybko uciekliśmy. Mogliśmy, chociaż zostać, żeby złożyć zeznania, aby jak najszybciej złapali tych, którzy to zrobili.
- Serio myślisz, że to coś by dało? Poza tym lepiej, jak nie każdy obywatel miasta będzie o tym wiedzieć i ewentualnie o tym, co zrobiłem.
Jayden popatrzył się na mnie z rozczarowaniem widniejącym na jego twarzy.
- Mogę się założyć, że już jest o tym głośno, chociażby w telewizji.
Zgodziłem się z tym, kiwając głową, po czym dodałem:
- Pewnie tak jest.
W tej chwili Jayden sięgnął po pilot od telewizora, który leżał na stole i go włączył.
- Z tej strony wasz reporter telewizji nowojorskiej w polskim wydaniu. Znajdujemy się przy małej, skromnej i niezbyt popularnej kawiarence przy ulicy piętnastej. Doszło w tym miejscu do strzelaniny. Jak zeznają świadkowie: czarny van przejechał tędy i zaczął strzelać w kierunku lokalu. Rozbite zostały szyby. Nikt nie został ranny. Teraz dajemy głos z jednej ze świadków, która była w środku.
- Siedziałam sobie i piłam herbatę, aż nagle słyszę jak jeden pan, który siedział przy oknie ze swoim kolegą, krzyknął „Wszyscy na ziemię!”. W pierwszym momencie nie wiedziałam, co się dzieje, ale po chwili usłyszałam pierwsze strzały i od razu padłam na podłogę. Ten mężczyzna to prawdziwy bohater.
W tej chwili wyrwałem pilota Jaydenowi i wyłączyłem telewizor. Po czym powiedziałem:
- Proszę, daruj mi. Nie chce nawet o tym słuchać.
- No dobrze, niech ci będzie. Ale nadal nie rozumiem, dlaczego się tak zachowujesz.
W tym samym momencie sięgnęliśmy po szklankę i się napiliśmy.
Chwilę później zadzwonił dzwonek do drzwi. Popatrzeliśmy na siebie z głębokim zdziwieniem. Po czym spytałem:
- Ktoś do ciebie?
- Nie, skądże. Myślałem, że to do ciebie.
- No właśnie w tym problem, że nie.
Zerwałem się z siedzenia i ruszyłem w stronę drzwi wejściowych.
MAM BARDZIEJ PECHA CZY FARTA?
Otworzyłem drzwi wejściowe od mojego mieszkania, nie spoglądając nawet w witraż. I nastąpił ten moment. Moment, w którym ujrzałem dziewczynę opierającą się o pobliską ścianę stojącą tuż przede mną z uśmiechem na twarzy. Byłem oszołomiony tym widokiem. Po chwili dotarło do mnie, że to tak naprawdę, ta sama dziewczyna, którą spotkałem w kinie oraz to ta sama dziewczyna, która zapłakana, siedziała na schodach kamienicy. W końcu się odezwała jako pierwsza:
- Hej!
- Hej… - odpowiedziałem dużo mniej pewnym głosem.
- Mogę wejść do środka?
Po usłyszeniu tego pytania zaciąłem się na moment. Miałem w głowie dużo pytań i mało odpowiedzi. Przede wszystkim to chciałem wiedzieć, jak powinienem na jej pytanie zareagować. Z jednej strony to bym ją wpuścił, natomiast z drugiej byłoby to raczej bez myślne. Szczególnie że się w ogóle nie znamy, więc dlaczego miałbym to robić. Myślałem nad jeszcze przez moment. Na szczęście wyjście z tej sytuacji znalazło się samo.
Tuż za mną pojawił się Jayden. I bez chwili zastanowienia z uśmiechem na twarzy powiedział:
- Jasne wchodź, nie ma żadnego problemu.
Odsunąłem się na bok tak, aby mogła wejść do środka. Kiedy ona szła do salonu Jayden mnie zatrzymał na moment i powiedział:
- Zamurowało co? Nie ma za co.
- Tak..dzięki, chyba.
Jakby nie patrzeć znowu mi uratował dupę.
Weszliśmy wszyscy do dużego pokoju. Jayden wraz z blond włosom dziewczyną usiedli na kanapie, a ja wziąłem zapasowe krzesło z kuchni i usiadłem naprzeciwko ich.
Sam po sobie się tego nie spodziewałem, ale zacząłem konwersacje ze słyszalnymi w moim głosie pretensjami:
- Także masz dużo zapewne do powiedzenia, a ja chętnie cię posłucham, ale zacznij od tego jak się tu dostałaś i kim ty w ogóle jesteś.
Próbowałem wyglądać i brzmieć groźnie i nie dać po sobie poznać, że tak naprawdę to mi się podoba. Chciałem być milszy, ale tak jakoś wyszło. Po chwili zaczęła mówić.
- Rozumiem twoje poirytowanie. Pozwól, że od razu wyjaśnię wszystko, co chcesz wiedzieć. Zacznę od tego skąd się tu wzięłam. Otóż siedziałam na schodach naprzeciwko kawiarni przy ulicy dziesiątej. Nagle przyjechał czarny wóz i usłyszałam strzały. Także można powiedzieć, że byłam świadkiem tego wydarzenia. Gdy ludzie z czarnego auta już odjechali niedługo po tym, jak przyjechała policja. Zauważyłam natomiast, jak wychodzicie z lokalu i próbujecie się wymknąć. Dlatego też postanowiłam pójść za wami. I tak mniej więcej trafiłam tutaj.
- Jak się nazywasz? - spytałem. Tym razem bez pretensji w głosie dużo spokojniejszy i pokazujący tego właściwego „ja”.
NAZYWAM SIĘ…
- Na imię mam Klaudia. Mieszkam w kamienicy na ulicy dziesiątej. Mam 19 lat i już studiuje fotografie. Jestem dość znana na tych przedmieściach.
Uspokoiłem się jeszcze bardziej. Być może właśnie problem, który opisał mi wcześniej Jayden zostanie rozwiązany jeszcze szybciej niż się tego spodziewałem.
- Miło cię poznać — odpowiedziałem, po czym szybko dodałem — Nazywam się David, mam 20 lat i jestem z Polski, a do nowego yorku przyjechałem kilka lat temu i od tej pory tutaj mieszkam. Nie znam za wiele osób w dalszym ciągu, oprócz Jaydena dlatego mam nadzieję, że się dogadamy.
Wykrztusiłem to wszystko z siebie na jednym wdechu. Na twarzy Klaudii pojawił się lekki i przyjazny uśmiech. Następnie odezwał się Jayden:
- Jestem Jayden mam 19 lat mieszkam niedaleko i studiuje psychologię.
Po czym wstał i pocałował jej rękę niczym jakiś dżentelmen i powiedział:
- Miło cię poznać.
Cały się zagotowałem w środku. Po pierwsze ty nawet nie studiujesz psychologii! Po drugie, dlaczego pocałowałeś jej rękę, tak jakbyś nie wiedział, że mi się podoba. Poczułem się okropnie w środku. I tak rozmyślałem nad tym przez chwilę.
Zauważyłem, natomiast że obydwoje się ze mnie śmieją. Coraz głośniejszy śmiech docierał prosto do moich uszu. To jest przecież jakiś koszmar.
- Zgrywam się. Poza tym jestem za głupi na studiowanie psychologii. Chciałem cię trochę rozdrażnić.
Odpowiedział Jayden. Znając mnie to się pewnie, cały zaczerwieniłem ze złości. No ale nie mogę mieć mu tego za złe.
Minęło kilka godzin. Opowiadaliśmy sobie nawzajem żarty, historię z naszego życia. Po prostu się lepiej poznawaliśmy. Nic szczególnego uwagi. I tak jakoś to zleciało, że z godziny dziewiętnastej nagle zrobiła się dwudziesta trzecia. Na naszym spotkaniu nie było alkoholu, więc było raczej spokojnie. Kiedy nastawała już ta godzina, że mieli zamiar, wracać do siebie postanowiłem, że ich odprowadzę.
Zresztą nie mogłem pozwolić na to, żeby Jayden został sam na sam z Klaudią. Odprowadziłem ich i wróciłem na spokojnie do swojego mieszkania i od razu padłem na swoje łóżko.
Jak dobrze, że ten dzień nareszcie się skończył.
NOWY DZIEŃ (E5)
Ranek, godz. 11:00, niedziela
Przebudziłem się dzisiaj rano. Napełniony pozytywną energią zerwałem się ze swojego łóżka i wyskoczyłem prosto na firanki, które rano zasłaniały słońce. Odsunąłem je. Słońce wypaliło mi oczy. Nic nie widziałem. Tylko jasne, białe światło.
Minęło kilka chwil, zanim wróciłem do siebie. Kiedy to się już stało, udałem się do kuchni, aby zrobić sobie śniadanie. Przy okazji włączyłem telewizje na pierwszym lepszym kanale.
I tak jej nigdy nie używam do oglądania telewizji, a do oglądania anime. Szybko tego pożałowałem. Otóż w telewizji już drugi dzień nadają o strzelaninie na ulicy dziesiątej.
Oczywiście muszą też wspomnieć o tajemniczym bohaterze, który opanował sytuację na miejscu, zanim przyjechała policja. Byłem już tym zmęczony, pomimo że jeszcze ani razu o tym nie słyszałem żadnego reportażu. Więc postanowiłem sobie to obejrzeć jeszcze przez chwilę.
Rozkoszowałem swoje ego dobrymi słowami, wypowiadanymi przez reporterów w telewizji, a w tym samym czasie spożywałem śniadanie, przygotowane przez siebie wcześniej.
Podświadomie oglądając to, wpędziłem samego siebie w bardzo dobry nastrój. Nie zdawałem sobie jeszcze z tego sprawy.
Minęło trochę czasu i z ranka zrobiło się południe. Ja leżałem na kanapie i cieszyłem się wolną chwilą tym samym, słuchając jakiejś muzyki w tle.
W końcu tę cudowną chwilę musiał ktoś przerwać. A kto inny mógłby to być, jak nie Jayden? Dzwonek telefonu uparcie dzwonił, a mi bardzo się nie chciało po niego wstawać. Nie sądziłem, że wpędzę się w taki stan, żeby mi się nie chciało odebrać telefonu. Położyłem się spać i usnąłem.
TA DRZEMKA TO BYŁ FATALNY POMYSŁ
Kiedy się obudziłem, za oknem było już ciemno.
- Szlag by to. Aaa. - powiedziałem niezadowolony sam do siebie.
Była godzina 20:00. Spałem chyba z 6 godzin. Nie wiem, jak to jest możliwe, skoro chodzę spać o normalnych godzinach i nie zauważam u siebie żadnych braków snu.
Wstaje i idę w kierunku blatu kuchennego i chwytam telefon do ręki. Patrzę na niego i widzę to: 10 nieodebranych połączeń od Jayden. Super. Zacząłem się zastanawiać czy to coś ważnego. Jeśli tak to nie powita mnie z uśmiechem na twarzy. Ogarnąłem się i po piętnastu minutach byłem gotów wyjść z domu. Zadzwoniłem do Jaydena.
- Halo?
- Cześć Jayden.
- O proszę, kto to dzwoni. Pan królewicz, który nie raczy odebrać ode mnie telefonu od 6 godzin.
- Przepraszam za to. Gorzej się poczułem i zasnąłem.
- Wszystko z tobą ok?
- Tak. Po prostu jakoś tak wyszło. Wybacz.
- Dobrze, że nic ci nie jest. Podczas twojej drzemki wiele się wydarzyło. Jak będziesz w stanie pojawić się obok księgarni na ulicy piątej za 10 minut, to będzie wspaniale.
- Właśnie wychodzę z domu. Będę tam za 10 minut.
- Dobra, to do zobaczenia.
- Na razie.
Przeżyłem jakoś tę rozmowę. Najwidoczniej Jayden jest bardziej wyrozumiały jeśli chodzi o zdrowie. Widocznie się martwił nawet o mnie. Taki przyjaciel to skarb, którego z pochodnią trzeba szukać.
KSIĘGARNIA PRZY ULICY PIĄTEJ
Po dziesięciu minutach byłem na miejscu. Widocznie trochę się spóźni, tak przynajmniej podejrzewałem. Po chwili jednak usłyszałem pukanie szyby ze środka księgarni. Wszedłem do środka. Była to najzwyklejsza księgarnia. Nie był to lokal połączony z kawiarnią, nie było miejsca nawet gdzie usiąść. Jedyne co mi przyszło do głowy, że Jayden być może chce kupić jakąś książkę, ale to też wydawało mi się mało prawdopodobne, dlatego zacząłem się mocniej zastanawiać na tym dlaczego jesteśmy w takim miejscu.
- Cześć.
- Cześć.
- Chodź za mną.
- Um. No dobra.
Zdziwiłem się. Tak jak powiedział Jayden szedłem za nim cały czas. Przeszliśmy przez cały sklep i doszliśmy do jego końca. Przy ścianie stała półka na książki taka sama jak w pozostałej części sklepu. Jayden zaczął ją pchać od boku. Po chwili biblioteczka odjechała na szynach, które były pod nią. Natomiast za nią ujawniły się drzwi. Jayden wpisał kod do terminala znajdującego się tuż obok nich. Po czym się otworzyły.
- Zapraszam. - powiedział, lekko się uśmiechając. - W środku już wszyscy czekają. - dodał.
Za drzwiami kryły się schody. Zeszliśmy po nich i po niedługim czasie weszliśmy do pomieszczenia. Wyglądało ono na zadbane. Ściany były całkowicie z typowego szarego betonu. Pomieszczenie było bardzo przestrzenne. Było dość duże, aby czuć się tu komfortowo. Umeblowanie było bardzo przyjemne. Kilka stolików z komputerami, zielona kanapa oraz komoda z wielkim telewizorem. W tle leciała muzyka z głośników.
CZAS SIĘ ZBIERAĆ (E6)
Siedzieliśmy całą ekipą na kanapie i rozmawialiśmy na przeróżne tematy. Zaczynając od swojej własnej historii życia, a kończąc na opowieściach z misji specjalnych. Ogólnie to ze spotkania zrobiło się małe przyjęcie powitalne — dla mnie i dla Jaydena. Jak już o nim mowa to zauważyłem, że był bardzo cichy i małomówny. Zresztą, jak wchodziliśmy, to też od razu mi o niczym nie powiedział, tylko prowadził w milczeniu. To jest trochę dziwne, ale być może tylko mi się zdaje.
Tak bardzo szybko zleciało i nasze spotkanie dobiegało końca.
- Kurde późno się zrobiło. - odezwał się nagle Wojtek.
To prawda było już późno. Dobrze, że w końcu ktoś to zauważył.
- Będę się już zbierał. Mam jeszcze kilka spraw do załatwienia. Chociaż w sumie o tej godzinie to za bardzo niczego nie załatwię, ale chociaż spróbuję.
Dodał, po czym wstał, uścisnął dłoń każdemu z osobna i udał się w stronę wyjścia. Po czym sam powiedziałem:
- Dobra ja też spadam. Miło było poznać, narka.
Po czym pośpiesznym krokiem poszedłem w kierunku wyjścia. Miałem nadzieję, żeby złapać jeszcze Wojtka, żeby porozmawiać z nim na osobności. Mam swoją teorię, że jak się rozmawia z kimś sam na sam to jest trochę inny niż gdy jest w grupie.
Gdy byłem już w bibliotece, zauważyłem tylko zamykające się drzwi. Pomyślałem, że raczej zdążę. Wybiegłem na zewnątrz. Ani śladu Wojtka.
CZARNY MERCEDES
Jeszcze przez chwilę rozglądałem się dookoła.
Po dłuższej chwili zauważyłem nadjeżdżającego czarnego mercedesa.
- Co tak stoisz jak widły w gnoju? - powiedział Wojtek, otwierając szybę w aucie.
- Szukałem cię. Wpadłem na to, że być może mnie podwieziesz. Przy okazji pogadamy na osobności.
- Jasne nie ma żadnego problemu. Trzeba było tak od razu, a nie się czaisz jak czajka.
Obszedłem auto szerokim łukiem i wsiadłem na miejsce obok kierowcy, z przodu, do samochodu.
Odjechaliśmy.
- To o czym chciałeś porozmawiać? - zaczął.
- O niczym szczególnym. Lepiej chciałem cię poznać. Tylko tyle.
- Miałeś całe przyjęcie, żeby mnie poznać. - warknął pod nosem.
- No niby tak, ale dla mnie to za mało, żeby poznać tak super osoby.
- Więc będziesz miał jeszcze wiele okazji, żeby poznawać ludzi.
- Właśnie taką sobie stworzyłem okazje, nie wiem, czy zauważyłeś.
Zamilkł.
Z rozmowy zrobiła się zawarta wymiana zdań. Wiedziałem, że gościu nie jest taki miły, jakiego zgrywa przy wszystkich.
- Nieźle zarabiasz jak stać cię na taką furę — przerwałem ciszę.
- To oczywiste.
Odrzekł krótko. Tak krótko i treściwie, że zgasił ten temat do rozmowy. Nastała kolejna cisza.
„WITAJ, JAK MIJA WIECZÓR?”
Tym razem przerwał ją dzwoniący telefon. Wojtek odebrał, tym samym włączając autopilota w samochodzie.
W słuchawce odezwał się nieznajomy mi głos. Powiedział coś w stylu „Witaj, jak mija wieczór”, po czym Wojtek rzucił telefonem i skupił się na prowadzeniu.
- Szlag by to! - nagle powiedział. Twój darmowy Uber trochę się opóźni, bo mam teraz większy problem.
- Co się dzieje? Kto dzwonił? - zapytałem orientacyjnie.
- Jeszcze będzie czas, jak ci wszystko wyjaśnię. Teraz zapnij pasy, chwyć się czegoś mocno i przygotuj mentalnie.
- Na co?
Chciałem spytać, ale nie zdążyłem, bo przed nami pojawił się wielki wybuch.
Wojtek z niemal natychmiastową reakcją skręcił pojazd w lewo, wpadając w lekki poślizg, po czym natychmiast zawrócił. Wszystko trwało kilka sekund.
Zamurowało mnie od środka i nie miałem siły niczego powiedzieć.
Obróciłem się do tyłu. Zauważyłem dwa pancerne samochody.
- Mamy towarzystwo. - zakomunikowałem.
Wojtek spojrzał w lusterko i zrozumiał, o co chodzi.
Zaraz potem otworzył schowek i wyciągnął pudełko. Otworzył je i wyjął ze środka słuchawkę douszną i włożył ją do ucha. Po czym podał mi drugą. Również włożyłem ją do ucha.
Po chwili usłyszałem w niej Klaudie.
- Dobra chłopaki widzę, że macie afty party. - zażartowała na powitanie.
- Pomóż mi ich lepiej zgubić — warknął pod nosem Wojtek.
- Dobra na ogonie macie dwa opancerzone samochody, w każdym jest po 3 osoby, dwie z przodu i jedna z tyłu. Albo zawrócicie do miasta, ale z ryzykiem, że zaś coś wybuchnie, albo próbujecie ich zgubić na jakimś pustkowiu.
- Pustkowie. - stanowczo odpowiedział Snajper.
- Dobrze w takim razie kieruj się na północ. Potem możesz zajechać za stację benzynową.
- Dobra. Jakieś wsparcie dostanę?
- Tak już do ciebie jedzie S.W.A.T.
- No nie. Błagam tylko nie oni.
- Trochę za późno na twoje narzekanie, bo wezwałam ich, jak tylko dowiedziałam się o wybuchu.
- Jakoś już to przeżyję.
Następnie jechaliśmy za wskazówkami Klaudii, lecz pojazdy cały czas siedziały nam na ogonie i nie dało się ich zgubić.
Wyjechaliśmy za miasto i niedługo po tym otworzyli do nas ogień. Rozległy się strzały. Rozbita została tylnia szyba.
- Teraz to już przesadziliście. Będziecie płacić za wymianę tej szyby. - powiedział Wojtek.
Włączył autopilota w samochodzie i zaczął przesiadać się z przedniego miejsca do tyłu i grzebać w bagażniku. Wyciągnął jakiś karabin i wychylił się przez szyber dach. Sam mogłem się temu tylko przyglądać. W końcu dopiero co dołączyłem do domu wariatów.
Tak słuchając strzałów i chyląc tylko głowę, obserwowałem uważnie drogę.
Po chwili usłyszałem głos Klaudii.
- David jesteś tam?
- Jestem.
- To dobrze, bo jesteś potrzebny.
- Nie podoba mi się to w ogóle.
- Wiem i przepraszam za tak nagłą sytuację. Nie powinieneś zostać tak w to wciągnięty.
- Nieważne. Co mam robić?
- Za jakieś 300 metrów na horyzoncie będziesz widział wielką górę ze skały. Przesiądź się na miejsce kierowcy.
- Dobra.
Zmieniłem swoje miejsce.
- Dobrze. Czy widzisz przycisk na kierownicy z narysowaną bramą do garażu?
- Tak widzę.
- Znakomicie, kiedy będziesz jechał i zauważysz skałę, skręć w uliczkę, która prowadzi prosto na nią i jak ci powiem, to wciśniesz ten przycisk.
- Jeszcze bardziej to mi się nie podoba, ale nie mam chyba innego wyboru jak ci po prostu zaufać.
- Dziękuję ci. Wynagrodzę ci to jakoś potem.
Jechaliśmy. I faktycznie niedługo potem zauważyłem skałę i rozwidlenie z dwiema drogami. Jedna prowadziła wzdłuż niej a druga prosto na nią. Wziąłem dwa wdechy i wydechy i przełknąłem ślinę.
Wyłączyłem autopilota.
Skręciłem w samobójczą uliczkę zgodnie z instrukcją koleżanki. Przygotowałem palec do wcześniej wskazany przycisk i czekałem na sygnał.
W międzyczasie za nami zdarzyło się pojawić kolejne dwa samochody opancerzone. Jeszcze bardziej za nimi znajdowała się poświata czerwono niebieskich świateł, które odbijały się od czarnego asfaltu.
Natomiast Wojtek dalej toczył z nimi zaciętą walkę. W pewnym momencie wszedł znowu do środka pojazdu i mrugnął do mnie porozumiewawczo. Po czym schylił się, odłożył na bok dywaniki spod tylnych siedzeń i otworzył ukrytą skrytkę.
Wyciągnął z niej karabin snajperski.
Oho. Teraz się dopiero piekło zacznie. Macie przerąbane. Skończą mu się naboje w karabinie, to wyciąga snajperkę jak gdyby nigdy nic.
- Zostało 100 metrów. - usłyszałem komunikat w słuchawce.
- Czekam na znak. - odpowiedziałem.
TERAZ! (E7)
- Teraz! - odezwała się Klaudia w słuchawce.
Byłem na to już przygotowany. Wcisnąłem przycisk i zauważyłem migającą czerwoną lampkę, ale nic poza tym.
- Wcisnąłem, ale nic się nie stało. Co mam robić? - spytałem z przerażeniem w głosie.
- Jak to nic? - zapytała.
- No oprócz migającej lampki, która nawala mi po oczach, to nic się nie stało.
- Nie jesteś w systemie… - powiedziała do siebie pod nosem. Szlag by to. Wołaj Wojtka, szybko!
- Nie ma jak. Strzela się w tym momencie z pancernymi, którzy jadą za nami i co masz na myśli, że nie jestem w systemie.
- Nie czas na pytania, zaraz rozbijesz się prosto o ścianę.
- CO?
Zamurowało mnie.
15 minut wcześniej.
- Słyszałaś o wybuchu?
- Jakim wybuchu, o niczym nie słyszałam, daj mi sekundę, zaraz zerknę.
No faktycznie był wybuch. Naszych chłopców gonią opancerzone pojazdy nie jest dobrze.
- Co robimy?
- Daj mi pomyśleć przez chwilę.
- Nie ma na to czasu!
- Przecież wiem o tym. Już wiem. Wyślę ci adres to naszej tajnej kryjówki. Weź tę słuchawkę ze sobą. Wyślę ci też plan kryjówki, gdzie masz się udać. I na koniec na mój znak otworzysz bramę wjazdową.
- Zrozumiałem.
- Tylko szybko, bo nie mają za wiele czasu. Znając Wojtka, to dając mu wybór, gdzie będzie chciał się udać, to na 100% wybierze pustkowie.
- Dobra lecę.
- Pośpiesz się! Dobra, teraz wystarczy wprosić się na after party.
Teraźniejszość.
Nigdy nie byłem chyba bardziej przerażony. Słowa ledwo wychodziły z moich ust i ledwo co, tworzyłem sensowne zdania, ale starałem się zachować zimną krew, mimo tak drastycznej sytuacji.
- Co do diaska masz na myśli, mówiąc, że zaraz się rozbijemy? - wydusiłem z siebie.
Nie zamierzałem ułożyć tak niemiłego zdania, ale nie panuje już nad tym do końca, więc to nie do końca moja wina.
- Nie płacz już. Tego nie jestem pewna. Dałam instrukcje Jaydenowi więc wszystko jest w jego rękach.
- Jaydenowi?
Zaraz, zaraz. Kiedyś Jayden już pojawił się znikąd i zniknął. Umiał nawet zabrać mnie ze sobą, gdy miałem kłopoty. Nie myślałem o tym wcześniej, ale teraz nurtować będzie mnie, jak on to zrobił.
- Myślę, że na pewno zdąży. Powiedz, wiesz coś o jego super szybkości? - zapytałem z ciekawości.
- Jakiej super szybkości?
- Czyli najwyraźniej jestem pierwszą osobą, która odkryła jego sekret.
- Nie wiem, o czym mówisz.
- A ja doskonale wiem — odezwał się Jayden ze słuchawki. - I tak, jesteś pierwszą osobą, która to odkryła.
- Jayden!
- Jayden!
Wykrzyczeliśmy radośnie w tym samym czasie jego imię.
BOHATER
Nazywam się Jayden. Wysoki mężczyzna, szczupła sylwetka. Przeciętniak jakich mało. Taki sam jak wszyscy. Myślałem, że niczym się nie wyróżniam. Myślałem, że jestem dokładnie tacy sami jak oni wszyscy. Tego tak właściwie nie umiałem przed samym sobą przyznać. Nienawidzę być taki sam jak inni.
Wolę wyjść z tłumu. Wyróżnić się. Nie być taki jak ci wszyscy.
Dlatego postanowiłem sobie, że się zmienię. Będę inny. Będę miły, lepszy, będę pomagał słabszym i będę otwarty na wszystko i wszystkich.
Myślałem w ten sposób kiedy miałem na oko 10 lat. W tym wieku już byłem inny. Byłem najwyraźniej bardziej inteligenty niż średnia moich rówieśników. Niezwykle dobre wyniki w szkole sprawiły, że się wyróżniałem. Ale nikogo nie obchodziło to, jaki jestem. Nikt nie chciał mnie poznać. Wszyscy od razu z góry zawsze zakładali, że mam wysokie ego i nie mam czasu na kolegów i że tylko się uczę. Tak naprawdę to nic się nie uczyłem a wszystko, co umiałem to uważnie słuchać na lekcji. Nie miałem kolegów, przyjaciół znajomych. Byłem „kujonem”. Tylko że nikt nie mnie tak naprawdę nie znał.
Gdy miałem 11 lat zostałem porwany. Jedynymi osobami, które się tym przejęli, byli moi rodzice, którzy postawili wszystkie jednostki policji na nogi w promieniu 100 km.
Wiedziałem o tym, bo było o tym głośno wszędzie. Prasa, telewizja, radio, ulica. W pewnym momencie moi porywacze stwierdzili, że nie jestem jakimś zwykłym dzieciakiem, tylko kimś ważnym.
Przez około 10 godzin siedziałem z tyłu wana z workiem na głowie i związanymi rękami. Chyba zapomnieli mnie uśpić, ale w sumie co ja tam wiem, nie jestem przecież porywaczem.
W końcu wan się zatrzymał. Nie byłem głupi, przecież wiedziałem, jak się zachować nawet w takiej sytuacji. Po prostu się słuchać i robić wszystko, czego będą chcieli.
Okazało się, że nawet nie będę miał okazji ich zobaczyć. Oczywiście.
Zostałem sprzedany na rynku.
100,000 zł za zwykłego dzieciaka takiego jak wszyscy.
W ten sposób przewijałem się od rąk do rąk. Byłem u Chińczyków, Japończyków, Polaków, Niemców. Aż w końcu trafiłem na polskiego doktorka.
Totalnie mu odwaliło już lata temu. Mogłem to rozpoznać. Szalony naukowiec, który był zapatrzony, wręcz miał obsesję na punkcie fikcyjnych superbohaterów i nadzwyczajnych mocy.
W ten sposób z Polski trafiłem do Nowego Yorku.
Eksperymentował na mnie.
Gryzły mnie pająki. Byłem poddawany promieniowaniu. Kazał mi wymyślać wynalazki. Trenował mnie. Próbował zamrozić. Wstrzykiwał do krwi dziwne substancje. Elektryzował. Raził prądem.
Istne tortury, które nie miały na celu wydusić ze mnie czegokolwiek tylko obdarzyć mnie super mocą.
Zapomniał o jednym, żeby sprawdzać, czy dany eksperyment przyniósł jakiś skutek. Nie zapisywał notatek. Był tylko głupim starym dziadem, który eksperymentował na dziecku.
Pewnego dnia usłyszał w telewizji, że jestem poszukiwany na całym świecie. Warty byłem dwa miliony dolarów.
Nie mam pojęcia, jak moi rodzice to zrobili, ale najwidoczniej zadziałało. Oni nawet nie mają tyle pieniędzy.
Albo ja jestem za głupi i nie zauważyłem, w jakich luksusach żyłem. Nie wiem. Mam tylko 11 lat.
Gdy się o tym dowiedział, spanikował i wyrzucił mnie na ulicę. Tak odwdzięcza się swojemu królikowi doświadczalnemu.
Cud, że mnie nie zabił.
Więc tak znalazłem się na Nowoyorskich Przedmieściach. Brudny, obolały, z ciałem pełnym siniaków, ugryzień i kilku blizn.
Jedenastoletni ja.
Pozostawiony sam na pastwę losu w Nowym Yorku.
Cudownie.
Szedłem przez ulicę, szukając budki telefonicznej. Tak, pomyliło mi się z Londynem. Ale nie można za wiele wymagać od jedenastolatka.
W końcu zaczepiła mnie pięcioosobowa grupa dwa razy starszych ode mnie typów. Zastawili mi drogę przede mną i za mną oraz po bokach.
Przypominam, że miałem jedenaście lat.
- Co tam młody? Zgubiłeś się?
Grupa zaczęła się śmiać. Poczułem się jak w filmie. Nawet by się to zgadzało.
- Zostawcie mnie w spokoju — odpowiedziałem z największą powagą w głosie, jaką tylko umiałem z siebie wydusić.
- Oj nie malutki, to się nie stanie. Dawaj kasę, to cię puścimy.
Wiecznie ta kasa. Są ślepi czy co. Wyglądam co najmniej, jak bezdomny i porzucony przez rodziców, a oni żądają ode mnie kasy.
- Nie mam nic. Proszę, zostawcie mnie.
- Nie kłam ścierwo. Dawaj, co masz.
Wtedy chwycili mnie za ręce, tak mocno, że nie byłem w stanie się uwolnić. W dodatku nie pozwalał mi na to mój stan fizyczny.
Zaczęli mnie przeszukiwać. I niczego nie znaleźli.
- Widzicie? Nie kłamałem — głupi pomysł, żeby się wymądrzać, ale powiedziałem to wręcz automatycznie, nie wiele się nad tym zastanawiając.
- W takim razie cię zostawimy zgodnie z umową.
Rzucili mnie na ziemie. Wstałem tak szybko jak tylko byłem w stanie. Oddaliłem się od nich na oko na pięć metrów. Cała grupa wyciągnęła jakieś narzędzie i zaczęła iść w moją stronę.
Mam naprawdę wielkiego pecha.
Cofałem się cały czas, a oni szli w moim kierunku.
Ślepy zaułek. Ja naprawdę mam wielkiego pecha. Gorzej być nie mogło.
Wtedy poczułem w sobie uczucie szybkiej ucieczki. W głowie miałem obraz najszybszej trasy, który została obrana po ścianach i kończyła się na dachu budynku. Nie do końca wiedziałem, co się dzieje. Ale czułem, że muszę pobiec. Najszybciej jak umiem. Najszybciej jak tylko potrafię.
Więc biegnę prosto na swoich oprawców. Zamykam oczy i biegnę tak szybko jak tylko potrafię.
Kiedy otworzyłem oczy, znajdowałem się na dachu budynku. Wydawał się dziwnie znajomy, chociaż wiadomo, że nigdy na nim nie byłem. Ważne, że byłem bezpieczny.
Kto by pomyślał, że doktorek mi tym razem pomógł.
Później ktoś zauważył na tym dachu i pomyślał, że chcę z niego skoczyć. Wezwał policję. I zaś wszystkie służby były na nogach, myślę, że mam to po moich rodzicach. Policjanci zdjęli mnie z dachu i trafiłem na posterunek. Następnego dnia dowiedziałem się, że moi rodzice będą tu już jutro.
Oto moja historia. Nazywam się Jayden, przeciętny chłopak, taki jak wszyscy, który został porwany i teraz ma super moc przez jakiegoś zwariowanego doktorka.
KŁOPOTÓW CIĄG DALSZY (E8)
- Otwieram wam bramę, więc o nic się nie martwcie — powiedział Jayden. - Tylko że musicie jakoś odciągnąć te wozy za wami, bo wjadą tu prosto za wami.
- Dobra zrobimy tak — odezwał się nagle Wojtek. - Przebije im wszystkim opony, wpadną w poślizg, a my wjedziemy do kryjówki.
- Dobra. Czekam na znak.
Plan był zbyt doskonały, żeby mógł się nie udać.
Wojtek wychylił się tylko i w kilka sekund wystrzelił po dwa strzały. Łącznie sześć. Mistrz.
- Dawaj teraz! - krzyknął Snajper.
Samochody za nami faktycznie wpadły w poślizg, ale nie na długo. Lecz w tym samym czasie ściana przed nami znikła na chwilę pokrywając się niebieskimi cząsteczkami i wjechaliśmy do środka.
Blask słońca za nami powoli zanikał. Byliśmy już w środku.
Jechaliśmy przez jakiś czas tunelem. Następnie znaleźliśmy się na parkingu, na którym zaparkowałem samochód. Parking był nieduży. Znajdowało się na nim miejsce na 10 samochodów. Sufit był wysoki. Za parkingiem były trzy stopnie schodów, po których weszliśmy. Następnie znaleźliśmy się na podeście na wysokości trzech stopni. Przed nami znajdowały się potężne metalowe drzwi o bogatej konstrukcji. Otworzyły się automatycznie gdy tylko do nich podeszliśmy, a za nimi znajdowała się winda. Cała była z metalicznego materiału, który odbija wszystko, co było w środku.
Po kilku minutach jechania windą w górę w ciszy, wraz z Wojtkiem trafiliśmy do głównej bazy, na pozór normalnej grupy znajomych, ale teraz widzę, że oni są w trochę większej organizacji, niż tylko grupką znajomych.
Trafiliśmy do gigantycznego pomieszczenia, całego oszklonego z mnóstwem przewijających się ludzi w czarnych strojach. Wojtek zaprowadził mnie jednak to mniej tłocznej scenerii. Zdaje się, że do jakiegoś biura.
Drewniane, staromodne drzwi, z blaszaną, zardzewiałą tabliczką z napisem „New York Best friends” w skrócie NYBF.
Snajper otworzył drzwi i zaprosił mnie do środka zachęcającym gestem ręki. Pomieszczenie było małe i skromnie wyposażone. Mała biblioteczka z kilkoma książkami i teczkami dokumentów, wygodna, duża, zielona kanapa. Biała komoda powykręcana w dziwaczny kształt z małym, skromnym telewizorem. Obok stały jeszcze szafki z dużą ilością losowych rzeczy. Jest również małe, puste biurko z tylko jednym długopisem położonym w poprzek.
- Poczekamy na resztę i możesz się przygotować mentalnie na wykład o naszej grupce. - odezwał się nagle, po czym usiadł na kanapie.
- Już kiedyś to chyba słyszałem. - powiedziałem w formie żartu, po czym sam usiadłem na kanapie obok niego.
Słysząc to, zaśmiał się lekko, po czym spytał:
- Coś do picia?
- Co tam macie?
Zaraz potem wstał, podszedł do jednej ze ścian, nadepnął na przycisk, który lekko wcisnął się w ziemię, po czym z ziemi wynurzyła się mała lodówka. Otworzył ją i zaczął wymieniać:
- Pepsi, Cola, woda — gazowana, niegazowana, jakiś browar, fanta, Sprite, jakiś energetyk. Do wyboru, do koloru — popatrzył w moją stronę, pewnie oczekując mojej odpowiedzi.
- Pepsi.
- Dobrze — kliknął jakiś przycisk na lodówce. - Mamy 250 mililitrów, pół litra, jeden litr i dwa litry niedawno się skończyły.
- Em — zacząłem zdezorientowany — Myślę, że 500 mililitrów mi wystarczy.
- Spokojna głowa najwyżej weźmiesz se drugą, tylko że ja nie będę Ci cały czas latać po napoje.
- Ta, spoko.
Kliknął kolejny przycisk. Otworzyła się klapka, z której wyleciała mała buteleczka pepsi. Chwycił ją i rzucił w moją stronę.
- Łap — dodał. Po czym pewnym rzutem rzucił do mnie napój.
- Dzięki — odpowiedziałem, ledwo trzymając butelkę w rękach.
- Poćwicz trochę nad refleksem — powiedział, a zaraz potem przeskoczył nad oparciem kanapy i skończył na swoim siedzeniu.
- Ta, postaram się.
- Powiem Ci, że zasługujesz na pochwałę. Gdyby nie ty to byśmy skończyli dzisiaj martwi. Autopilot nie dałby rady przy najmniejszym wstrząśnieniu. Naprawdę. Uratowałeś dzisiejszą misję, która w sumie była ucieczką.
- Ta, nie ma problemu.
Z drugiej strony jak bardzo bym nie chciał tego ukryć, to faktycznie ode mnie dużo zależało podczas tej ucieczki.
Siedzieliśmy z Wojtkiem jakiś czas na kanapie i dyskutowaliśmy o sytuacji, która się wydarzyła. Pomyślałem, że Klaudii może to zająć dłuższą chwilę, żeby tu przyjechać.
A swoją drogą to Jayden jest już tutaj na miejscu. Ciekawe, dlaczego tu jeszcze nie przyszedł. Może nie ma tak świetnego przewodnika, jak ja i nie ma pojęcia o tym biurze. Sam nie wiem. Rozmyślałem nad tym jeszcze przez chwilę. Po czym powiedziałem:
- Tak się zastanawiam — zacząłem — gdzie jest Jayden? Podobno był w środku i otworzył nam bramę.
- Faktycznie mogło tak być — po czym sam wziął łyka swojego napoju.
Ale najwidoczniej mnie po prostu zignorował. Zignorował mnie i ten temat.
Potem rozmawialiśmy na przeróżne tematy. Zaczynając od historii z misji specjalnych, kończąc na poradach miłosnych.
Tak rozmawialiśmy i popijaliśmy napoje gazowane. Wypiliśmy ich łącznie około 10 litrów, co jest nawet niezłym wynikiem.
W pewnym momencie sięgnąłem odruchowo po swój telefon i przypadkowo zobaczyłem aktualną godzinę i okazało się, że minęły już dwie godziny.
- Mamy godzina dwudziestą drugą. A w naszym skromnym biurze ni słychu, ni widu ani Klaudii, ani Jaydena.
- Fakt
- Co robimy w związku z tym?
- Jayden pewnie sobie jakoś poradzi albo teraz bajeruje jakieś pracowniczki.
- Ta jasne
- A co do Klaudii, to zupełnie inna sprawa.
- Zaczynam się martwić o nią…
- Oho, coś was łączy?
- Jakby to — kolejny, co mi bezpośrednie pytania zadaje. - Nic, a nic
- Spokojnie przecież nikomu nie powiem — odpowiedział drwiąco.
- Cóż — przełknąłem ślinę — bardzo mi się podoba.
- No to trzeba było tak od razu. — odpowiedział, po czym uśmiechnął się przyjacielsko.
Jakoś przeżyłem chyba to pytanie. Co oni tak na mnie naciskają?. Wiedzą, że nie mam żadnego doświadczenia w tych sprawach i robią sobie ze mnie jaja, czy po jakiego grzyba takie pytania zadają. Niech ich wszystkich szlag trafi!
Mniejsza o to. Minęło trochę czasu, a dotarcie tu powinno trwać trzydzieści minut. A Klaudii nie ma aż dwie godziny. To zdecydowanie za dużo, nawet gdyby ulica nie wiadomo jak byłaby zakorkowana. Zacząłem rozmyślać nad coraz bardziej intensywnie. Wyobrażałem sobie różne scenariusze. I próbowałem przypomnieć sobie coś, czego wcześniej nie zauważyłem. Ale nic nie mogłem wymyślić.
Wojtek zdawał się nie przejmować tym. Był bardzo pewny swoich umiejętności. Siedział na kanapie w bardzo luźnej pozycji z nogą na nodze i rękami za głową.
- Wyluzuj stary. Jak nie wróci, to zrobimy dywersje. Jak dowie się, że zorganizowałeś ją tylko dlatego, że się martwiłeś o nią, to wpadnie ci w ramiona i poczujesz, jak bardzo kochaną osobą potrafi być. Jeśli słuchałeś wcześniej, to wiesz, że mam niemałe doświadczenie w tej sprawie. - a to powiedziawszy, puścił do mnie oczko i kontynuował obijanie się.
A ja z nerwów nie mogłem wytrzymać ani sekundy dłużej.
Muszę coś zrobić. Coś wymyślić. Przecież to nie jest normalne, że Klaudia tak długo nie wraca. Coś musi być na rzeczy.
Ciąg dalszy nastąpi…
Nice Original 2020
Historia oryginalna
Autor: Dastin Świeboda
Wszelkie prawa zastrzeżone.
0 Komentarze